W weekend 16–18 października reprezentacja SKPG Kraków w składzie: Ewa Sieteska, Konrad Trojan i Magdalena Dziama, wzięła udział w obchodach 55-lecia SKPT Gdańsk.
Świętowanie rozpoczęło się w piątek w Koszałkowie, w okolicach Wieżycy, od kameralnego ogniska z muzyką i wspólnym śpiewaniem. W sobotę wybraliśmy się na spacer na Wieżycę – najwyższe wzniesienie Kaszub oraz Niżu Polskiego – gdzie mogliśmy podziwiać okolicę z Kaszubskiej Wieży Widokowej im. Jana Pawła II. Po spacerze czekała na nas kolejna atrakcja, czyli zjazd na trójkołowcach! Następnie odbyła się część oficjalna, a wieczorna impreza trwała aż do białego rana.
W jubileuszu uczestniczyły również reprezentacje innych kół: SKG Warszawa, SKPB Katowice oraz SKPG Harnasie. Była to świetna okazja do spotkań, integracji i wspólnego świętowania 55 lat działalności gdańskiego koła.
Dziękujemy SKPT Gdańsk za zaproszenie i serdeczne przyjęcie! Gratulujemy jubileuszu i życzymy kolejnych lat pełnych górskich przygód oraz przewodnickiej pasji!
W ostatni weekend września, nasza 15-osobowa ekipa wędrowała w ramach cyklicznego wydarzenia „Weekend w górach” przez zachodnią część Gorców. Zamiast gonić kilometry, woleliśmy powędrować z twarzami ku słońcu i… przeszłości.
Zaczęliśmy w Rabce Zdroju (przy Rynku i muzeum im. Władysława Orkana) i od razu zatopiliśmy się w lokalnych opowieściach. Dyskutowaliśmy o tym, jak miasto przeszło drogę od średniowiecznej osady i prywatnych włości możnowładców do jednego z bardziej znanych uzdrowisk górskich.
Wiecie co łączy Św. Mikołaja, Wandę Chotomską i Miasto Dzieci? Bo my już wiemy!
Do tego porozmawialiśmy o dawnych środkach transportu z Warszawy i Krakowa, o tym, ile zrobili tu Julian Zubrzycki oraz rodzina Kadenów, a następnie podziwialiśmy willę w stylu tyrolskim oraz budynek modernistyczny. A w ramach miniaturowego śledztwa udało nam się nawet namierzyć lekko nadgryziony zębem czasu zegar słoneczny.
Następnie podążaliśmy za Głównym Szlakiem Beskidzkim w stronę Bacówki na Maciejowej. Posileni pierogami i racuchami ruszyliśmy w stronę noclegu w schronisku PTTK na Starych Wierchach.
Niedziela przywitała nas przepięknymi widokami. Z Obidowca i okolic podziwialiśmy piękną panoramę Tatr. Rozmawialiśmy o tym skąd wzięły się tutejsze polany oraz nazwy niektórych szczytów, które brzmią jak rodem z… Rumunii. Później weszliśmy na Suhorę, gdzie słuchaliśmy o historii obserwatoriów astronomicznych, a przy okazji praktykowaliśmy nieco uważność i umiejętność świadomego relaksu.
Zeszliśmy do Koninek, gdzie przy żółtym szlaku prowadzącym do Orkanówki zakończyliśmy pieszą część wycieczki, a stamtąd przez Mszanę wróciliśmy do Krakowa.
Dziękujemy wszystkim uczestnikom i Hani Kobieli, czyli prowadzącej tę edycję Weekendu w Górach!
Relację video z wydarzenia możecie zobaczyć TUTAJ.
Tydzień temu spotkaliśmy się, żeby podziękować Jerzemu Kapłonowi, dotychczasowemu Dyrektorowi, za 23 lata pracy w Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej PTTK i uczcić zakończenie jego pracy zawodowej w Ośrodku. Jerzy jest członkiem Studenckich Kół Przewodników Górskich w Krakowie i Gliwicach.
Jako SKPG Kraków chcieliśmy przede wszystkim powiedzieć dziękujemy – za wieloletnią współpracę, życzliwość, otwartość na nasze pomysły i wsparcie, na które przez lata zawsze mogliśmy liczyć. Wielkie podziękowania należą się za wszystkie wspólne działania, dobre słowo i pomocną dłoń.
A tymczasem od 1 października stery COTG PTTK przejął również nasz kolega – Adrian Dudziak, czyli przewodnik beskidzki i miejski po Krakowie, a od kilku lat również pracownik COTG, który został nowym dyrektorem Ośrodka.
Lato powoli odchodzi, ale na szczęście są melodie, które można zabrać ze sobą na jesień. 🍂 To dobry moment, żeby znów spotkać się przy gitarach i wspólnie pośpiewać. Zapraszamy Was na kolejne śpiewogrania z SKPG w Klubie Buda, ul. Czapskich 2
W środę, 16 września, odbył się nasz kołowy bieg z okazji setnego wydania czasopisma „Beskidnik”. W wydarzeniu wzięło udział ponad 40 osób, z czego najmłodszy miał zaledwie rok („biegł” oczywiście w asyście swojego ojca).
Okazała do wspólnego ruchu, jakkolwiek bez oficjalnych miejsc na podium, nie była pozbawiona rywalizacji – oczywiście w pełni przyjacielskiej! Wszyscy z dobrymi humorami i z ogromem satysfakcji zameldowali się na mecie.
Wszystkim uczestnikom gratulujemy formy! A koledze Sebastianowi Wypychowi i ekipie „Beskidnika” dziękujemy za organizację tego sportowego spotkania!
W dniach 11-12 września zwinęliśmy ostatnią z naszych działających baz namiotowych. W dziarskiej ekipie i przy zmiennej aurze sympatycy tego miejsca zakończyli ten niezwykle udany sezon bazowy. Dziękujemy za pomoc i do zobaczenia za osiem miesięcy!
Zapraszamy na wspólne obserwowanie przesilenia jesiennego w zachodnich Gorcach!
Odkryj uroki wrześniowych Gorców oraz Rabki podczas dwudniowego spaceru, który połączy zachwycające pejzaże z niezwykłą podróżą w czasie, którą zaczniemy w malowniczej Rabce!
Opowiemy, jak na przełomie XIX i XX wieku wędrowali w górach kuracjusze, jak wyglądał wypoczynek w czasach PRL-u i czym różnił się od współczesnych wypraw górskich. Spacer urozmaicą nam nie tylko wspaniałe widoki, ale również opisy i wspomnienia znanych (i nie tylko) postaci odwiedzających te okolice.
Czy jesteś gotowy, by założyć plecak i sprawdzić, który styl podróżowania po Beskidach jest Ci najbliższy? Dołącz do nas i poczuj ten wyjątkowy klimat!
DZIEŃ 1. (sobota) – 26 września 2026 Zbiórka o 9:30 – Rabka PKP Trasa: Rabka (zwiedzanie oczywistych i mniej oczywistych punktów na trasie) – Bacówka na Maciejowej – Schronisko PTTK na Starych Wierchach Dystans: ok 11 km; przewyższenie: 565 m; czas przejścia: ok. 6h
DZIEŃ 2. (niedziela) – 27 września 2026 Trasa: Schronisko na Starych Wierchach – Suhora – Koninki Dystans: 8 km; przewyższenie: 219m; czas przejścia: ok. 3,5h
W przypadku wystąpienia sytuacji losowych lub trudnych warunków pogodowych organizator zastrzega możliwość modyfikacji wycieczki.
NOCLEG Schronisko PTTK na Starych Wierchach Koszt: 90 zł (pościel dodatkowo 30 zł)
WYŻYWIENIE → W schronisku będzie możliwość zakupu posiłku → Będzie można również skorzystać z kuchni turystycznej → Zabierz ze sobą suchy prowiant na drogę → Nie zapomnij o wodzie!
DOJAZD Z KRAKOWA 7:00-8:53 (autobus firmy Stolarczyk, cena około 25 zł)
POWRÓT DO KRAKOWA 16:00-16:20 (Autobus Kolei Małopolskich A 11) – Poręba Wielka Malarze – Mszana Dolna 16:45 – 17:45 Mszana Dolna – Kraków (Langowski) LUB 17:00-18:00 Mszana Dolna – Kraków (Rab Bus) – cena za przejazd ok 32 zł Uwaga: Dojazd z/do Krakowa jest opcjonalny. Bilety na autobus należy kupić we własnym zakresie!
KOSZTY Nocleg: 90 zł (zniżki dla członków PTTK, posiadaczy Karty Dużej Rodziny oraz Honorowych Dawców Krwi) opłata za wejście do GPN w dniu 27. września – zakup biletu online we własnym zakresie https://gpn.gov.pl/wstep-do-parku Wyżywienie: we własnym zakresie Przejazdy autobusem: wg cennika przewoźnika
UBEZPIECZENIE Każdy uczestnik Weekendu powinien ubezpieczyć się we własnym zakresie. Polecamy wyrobić legitymację PTTK, która oprócz ubezpieczenia daje również zniżki w wielu obiektach (m.in na nasz nocleg) https://oakrakow.pttk.pl/dolacz-do-nas/
KONTAKT Organizatorzy z ramienia SKPG: Hanna Kobiela E-mail: hszczerbak@gmail.com Telefon kontaktowy: 509 82 84 96
Zapisy trwają do 14 września 2026 r. do końca dnia lub do wyczerpania dostępnych miejsc. Za “zapisanego” uznaje się uczestnika, który wypełnił formularz oraz opłacił nocleg.
W ostatni weekend miało miejsce zwijanie naszych dwóch baz namiotowych – na Gorcu oraz w Radocynie. To był świetny sezon, a każdy, kto tam był, z pewnością potwierdzi! Zapraszamy w następnym sezonie!
Ogromne podziękowania dla obydwu ekip zwijających! Przypominamy, że do 11 września działa nasza baza na Lubaniu.
W pierwszej połowie sierpnia reprezentanci naszego Koła mieli okazję uczestniczyć w Trójsztafecie Karpackiej, czyli projekcie obejmującego kilkanaście rajdów po górach Słowacji i Czech organizowanych przez akademickie kluby oraz koła przewodnickie. Nam w udziale przypadły Góry Strażowskie i Mała Fatra Luczańska!
Przeczytajcie relację naszej koleżanki Darii Sosny z tej niezwykłej wyprawy:
„Wyjazd SKPG Kraków w ramach Trójsztafety Karpackiej rozpoczęła 4-osobowa ekipa w składzie Monika Mielnikiewicz, Wojtek Chmura, Sylwia Gałka i Daria Sosna. W słoneczne sobotnie popołudnie 1 sierpnia dotarliśmy do Żyliny, gdzie poszukiwania darmowego parkingu na tydzień zostały zakończone sukcesem i kawą przy Tesco. Ponieważ był to dzień nadprogramowy, postanowiliśmy coś zjeść i po długich poszukiwaniach w centrum, które wydawało się niemal martwe (czy Słowacy na pewno istnieją?), zlokalizowaliśmy pizzerię – na dodatek z pyszną pizzą! Można więc było rozpocząć naszą słowacką wyprawę jak należy: od Kofoli. Niektórzy połakomili się też na pierwsze piwo, niestety na kranie dostępne było jedynie czeskie.
Kolejnym punktem programu była jazda słowackim pociągiem, a właściwie autobusem z napisem “pociąg”. Jak się okazuje, u naszych południowych sąsiadów również istnieją remonty linii kolejowych. Mimo wszystko bez zbędnych przygód dotarliśmy do stacji Kľače, gdzie rozpoczęła się nasza wędrówka. Pierwszy spacer pozwolił podziwiać bożonarodzeniowe choinki i inne ozdoby całoroczne, a za miejscowością czekała na nas polanka nad potoczkiem i nocleg… jakby luksusowy! Pod dachem! Zignorowaliśmy namioty, rozłożyliśmy karimaty na pięterku sporej wiaty i oddaliśmy się wieczornemu moczeniu stópek w potoczku.
Niedzielny poranek przywitał nas piękną pogodą i po szybkiej optymalizacji trasy i zaopatrzeniu w chłodną źródlaną wodę ruszyliśmy w drogę. Pierwszy cel: Žibrid, najwyższy szczyt Sulowskich Skał! A skał było naprawdę dużo… Jedna na szczycie Žibridu pozwoliła na podziwianie takich szczytów jak Strażow i Kľak, do których mieliśmy dotrzeć w ramach naszej wyprawy. Kolejna, wychodnia Stratený Budzogáň, stanowiła ciekawy cel sam w sobie. A następne… następne pojawiły się na grzbiecie, którym wędrowaliśmy na szczyt Kečka. Chociaż widoczek na Kotlinę Sulowską wyłaniający się spomiędzy drzew był naprawdę ładny, ciągła zmiana kierunku z ostro w górę na ostro w dół i odwrotnie nieodparcie sugerowała, dlaczego niektóre źródła podają rozszerzoną nazwę tego szczytu: Płaczliwa Kaczka. Po tym przejściu nasza fascynacja skałkami jakby zmalała, a planowana wcześniej wizyta w jaskini Šarkania Diera jednogłośnie została wymieniona na rychłe zejście do kotliny, oczywiście z Kofolą na finiszu! Kofoli obowiązkowo towarzyszył wyprażany syr.
Tę noc spędziliśmy na kempingu w Súľov-Hradná, i to takim serwujacym lane piwo. Poziom luksusu zwiększył się, choć za prysznic trzeba było zapłacić, więc nie zwiększył się drastycznie. Wbrew obawom okazało się, że 5min to całkiem sporo, więc ostatecznie prysznic, mimo że płatny, został bardzo doceniony po tym, jak pozwolił zmyć z siebie czarny kurz Kečki. I jedyną skazą kempingu było nieodpowiedziane pytanie: gdzie to słowackie piwo?
Kolejny dzień zaczął się wcześnie i nieco mgliście, pozwalając podziwiać szczyty skał opatulone miękką kołderką. Szybko okazało się, że to upału ciąg dalszy. Na początek czekała nas wersja lajtowa wyprawy: namioty zostały na kempingu, a my poszliśmy szukać zamku Súľov. Najpierw znaleźliśmy Bramę Gotycką, wychodnię skalną będącą jednym z symboli Sulowskich Skał. A sam zamek, choć już w ruinie, okazał się prawdziwą warownią: ogromne naturalne skały, w kluczowych miejscach połączone murami. Wejście do warowni, mimo że niestrzeżonej, okazało się wcale niełatwe: po klamrach, drabinach, z przeciskaniem się przez wąskie okienko w pakiecie. Super widoki ze szczytu górnego zamku zdecydowanie to wynagradzały. Wycieczka została oceniona jako “pięknie, było warto”.
Tymczasem my już przed południem zwinęliśmy namioty i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Czekało nas spokojne przejście, nastawione na wizytę w knajpie po drodze i uzupełnienie płynów (Kofola <3). Napojeni zdobyliśmy kolejną skałkę, Bosmany, z której mogliśmy podziwiać widok na Veľký Manín, najwyższy szczyt całych Gór Sulowskich, oraz na dwa wąwozy: Kostolecká Tiesňava i Manínska Tiesňava. Po kolejnej porcji Kofoli czekało nas przejście przez drugi z wymienionych wąwozów, a na końcu kemping. Tym razem z basenem! Sam kemping był dość mocno zatłoczony – ewidentnie dlatego, że w basenie była woda. Drugą przyczyną mogła być dostępność słowackiego piwa na kranie. Jednak noclegowi u stóp Wielkiego Manina nie można było odmówić uroku. I prysznic za darmo! Można się było wyprysznicować na cały nadchodzący tydzień, a wbrew pierwszym obawom miejsca pod namiot starczyło nie tylko dla nas, ale też dla Ani Osiki i Konrada Trojana, którzy tego wieczoru dołączyli do wyprawy.
Dzień trzeci rozpoczął się testowaniem kolejnych zbiorkomów słowackich. Aby zmienić Góry Sulowskie na Strażowskie, najpierw autobusem dotarliśmy do stacji kolejowej, skąd pociągiem dojechaliśmy do Ilavy. Przy okazji odkryliśmy, że przy płatności kartą w autobusie przysługuje 30% zniżki (dzięki Ania!). W akompaniamencie rozmów o Słowacji, Słowakach i słowackim zobaczyliśmy niezwykłe wejście do ilavskiego kościoła, okolone murami więzienia, a przed zakupami był przystanek na kawę i lody na pożegnanie z cywilizacją.
No i w górę! Dzień był niemiłosiernie upalny, więc posuwaliśmy się do przodu powoli i bez pośpiechu, aż dotarliśmy do zacienionego jeziorka, które aż prosiło o wymarzony postój. Regeneracja sił była nie do przecenienia: podejście na Vápeč, które potem nastąpiło, dało w kość. Zaczęły się też pierwsze problemy z wodą: choć po drodze źródeł było kilka, woda dostępna była tylko w jednym z niższych. Na szczęście jeden z lokalsów spotkanych przy jeziorze nas o tym uprzedził. Na Vápeč dotarliśmy prawie o zachodzie słońca, zmęczeni, ale i zadowoleni, a widok ze skały wynagrodził cały pot (podobno panoramkę było słychać nawet na przełęczy). W blasku słońca zachodzącego między pniami buków dotarliśmy na Srvátkova lúke, która okazała się całkiem przyjemnym miejscem na nocleg.
Świadomi, że upał nie da za wygraną, długą drogę do Zliechova rozpoczęliśmy wcześnie. Nie spieszyło się nam. Znalazł się czas na cudowną drzemką na polanie, znalazł się czas na ekstra sklep i zaopatrzenie w lody i zimne napoje, znalazł się też czas na kolejną drzemkę, tym razem nad potoczkiem. Dopiero kiedy najgorszy upał przeminął rozpoczęliśmy podejście na Strażow. Łatwo nie było, ale za to zdecydowanie było warto – szczyt wynagrodził widokami od Vtáčnika aż po Babią Górę. A pod szczytem fioletowo rozkwitała roślina, która od tego momentu towarzyszyła nam już do końca wyprawy: ostrożeń siedmiogrodzki.
Mimo wczesnej pobudki kolejnego dnia, nadal czuliśmy upał w powietrzu. Śniadanko zjedliśmy w drodze i jeszcze z rana dotarliśmy do miejscowości Čičmany, słynącej z malowanych chat. Poświęciliśmy nieco czasu na uzupełnienie zapasów w lokalnym sklepiku. Pomiędzy jednym a drugim kuflem Kofoli (tudzież piwa – w końcu to nie kursowa dniówka, tylko wakacje) poświęciliśmy też czas na spacer po miejscowości i podziwianie lokalnej drewnianej zabudowy pokrytej białymi wzorami. A kiedy już duch i ciało zostały nasycone, ruszyliśmy w dalszą drogę, do Homôľki. Sierpniowy upał, bukowe lasy, piękne polany, wcale nie takie łatwe podejścia, widoki na góry w oddali… Wędrówka trwała. Tego dnia zaczęliśmy też spotkać pojedynczych turystów, z których większość szła SNP (szlak im. Słowackiego Powstania Narodowego, najdłuższy znakowany szlak pieszy na Słowacji, ok. 770 km). Wspólną cechą wszystkich napotkanych osób był dzwoneczek na niedźwiedzie dzwoniący przy plecaku.
Tymczasem dla nas główną motywacją stały się… haluszki. Gdzieś po drodze wypłynęło, że tuż za szczytem Homôľka, na przełęczy Fačkovské Sedlo jest knajpa. No i jak nieopatrznie sprawdziliśmy menu i wyobraziliśmy sobie te haluszki, to już po prostu trzeba było tam dojść. Tym sposobem kolejną porcją zimnych napojów pożegnaliśmy Góry Strażowskie i weszliśmy w Małą Fatrę, część Luczańską.
Przed noclegiem niektórzy mieli jeszcze trochę sił, żeby zbiec do źródeł Nitry, która zaczyna się nieco poniżej Fačkovskégo Sedla, albo zaliczyć fiasko w poszukiwaniu wody gdzieś bliżej miejsca noclegu. Ale kolejny dzień wszystkim przyniósł dużo nadziei i nową porcję energii: upał zelżał. Zostawiliśmy SNP i zaczęliśmy dzień od podejścia na Reváň (ta góra jeszcze z pięknym szerokim widokiem) i chwilę później zdobycia Klaka (ta góra już w chmurach – jak to powtarzał Maui Vaianie: no klątwa). Zbocza Klaka porasta pierwotny bukowy las, który tego dnia wędrujące chmury zmieniły w mroczną i mglistą prastarą puszczę, tajemniczą i nienaturalnie cichą.
Ale pogoda szybko wróciła, choć temperatura zdecydowanie dawała wytchnienie. Kiedy minęło jeszcze trochę zejść, trochę podejść, trochę skał i trochę polan, trochę widoków (m.in. na zupełnie wolny od chmur Klak) i trochę więcej mrocznego bukowego lasu, doszliśmy do przełęczy pod Hnilickou Kýčerou, gdzie nocowaliśmy. Miejsce było bardzo przytulne: dużo miejsca pod namiot, wszystkie szyszki ze świerkowego zagajnika uprzątnięte, działające źródełko w pobliżu (pierwszy nocleg ze źródłem!), narąbane drewno, ławeczki ustawione w krąg, miejsce na ognisko obłożone kamieniami i w środku tego wszystkiego tabliczka z napisem “zakaz rozpalania ogniska”.
Ten dzień przyniósł też spotkanie z Wojtkiem Kotem, który dogonił nas na jednym z postojów, kiedy beztrosko wylegiwaliśmy się na słońcu. Przyszedł, przywitał się, a przed kolejnym postojem zniknął. Miał dotrzeć na nocleg na przełęczy, ale się na nim nie pojawił. Pojawił się za to następnego dnia, znów na jednym z postojów. Widać Kot, jak wszystkie koty, swoimi drogami chodzi.
Wypoczęci po chłodnej (w końcu!) nocy byliśmy gotowi na podejście na szczyt Hnilická Kýčera. W każdym razie tak nam się wydawało, bo góra ta zdecydowanie zasługuje na miano Hnilická Kýčera niesłusznie zwana Braniskiem. Ale zapierające dech w piersiach podejście doprowadziło nas do zapierającego dech w piersiach widoku: mogliśmy podziwiać całą naszą trasę, od Žibrida, przez Kečkę, Wielki Manin, Strażow, Klak, aż po Wielką Lukę. Niedługo później upał wrócił, ale tym razem nadzieja gnała nas do przodu. Nadzieja i głód borówek! Było ich mnóstwo, krzaki aż czerniące się się od owoców. W rezultacie szło się naprawdę dobrze, aż w końcu osiągnęliśmy najwyższy punkt całej naszej wyprawy: Wielką Lukę. Jednak poranny widok z Kiczery i popołudniowy ze szczytu Veterné nieco przyćmił ten z Wielkiej Luki, a dodatkowo przyćmiła go jeszcze bliskość chaty Javorina i znajdujący się tam cud techniki – prysznic! Spełnienie naszej nadziei. Czyści i ponownie napełnieni haluszkami, Kofolą i piwem korzystaliśmy z pięknych widoków na Fatrę Krywańską, Wielkiego Chocza i Wielką Fatrę. Tak wieczorem, jak i kolejnego dnia o wschodzie słońca, kiedy horyzont dodatkowo zwieńczyły ostre szczyty Tatr.
Rano doszliśmy do wniosku, że drobną skazą chaty jest fakt, że chata – tym samym i toaleta – są zamknięte na noc i otwierane dopiero od 8. O tej godzinie już dawno rozkoszowaliśmy się ścieżką wśród borówek, pojawiającymi się od czasu do czasu widokami, bardzo urozmaiconym zejściem i celowaliśmy w zdobycie ostatniego widokowego szczytu na całej trasie: Mincola. Panorama znów nie zawiodła: po tych wszystkich dniach Vtáčnik na południu i Babia Góra, Worek Raczański, Beskid Śląski i Śląsko-Morawski a na północy były już dobrze znanymi widokami. Na samej końcówce zerwaliśmy naszą więź z czerwonym szlakiem, zawiązaną jeszcze na Klaku, by wycisnąć maksimum nawet i z końcówki: z trasy pomiędzy drzewami widzieliśmy (i słyszeliśmy) działający kamieniołom, a wieża widokowa tuż przed ostatnim zejściem roztoczyła przed nami wspaniały widok na zamek Strečno i dolinę Wagu. Po szybkiej Kofoli pobiegliśmy na pociąg, a wizyta w naszej ulubionej pizzerii w Żylinie i wysączony ostatni kufel Kofoli zakończyły całą przygodę.
Plan został zrealizowany. Przeszliśmy przez Góry Sulowskie, Strażowskie i Małą Fatrę Luczańską bez kropli deszczu, nasycyliśmy duszę widokami, umysł panoramami, żołądek wyprażanym syrem z hranolkami i haluszkami, w żyłach płynie Kofola, a przy okazji odkryliśmy, że ci wszyscy Słowacy, których nie ma w mieście, pałętają się po górach z dzwoneczkami przy plecakach.
Turystyka sportowo-kulinarna w ekstremalnej wersji – tak można określić wyczyn naszych dwóch koleżanek, Joanny Dragon oraz Anny Antolak.
Niestrudzone przewodniczki beskidzkie ruszyły w najwyższe góry Polski, aby zmierzyć się z Ekstremalnym Szlakiem Szarlotek Tatrzańskich. Celem tego wyzwania jest dotarcie do wszystkich schronisk po polskiej stronie Tatr oraz skosztowanie tamtejszych specjałów – kultowych szarlotek – w ciągu jednego dnia!
Tym sposobem w 12 godzin i 31 minut Ania z Asią przebiegły ponad 59 kilometrów, pokonując przy tym prawie 3200 metrów przewyższenia! Należy dodać, że w tym czasie ich łupem padło osiem szarlotek.