Skip to main content

Moja „UĆPA”

Wojtek Przybyłowicz
przewodnik tatrzański (I kl.)
blacha SKPG nr 305

To już dawno temu było, ,,wczesny Gierek” przechodzący potem w średni. Ktoś mądry w ALMATURZE skorzystał z szansy jaka się wytworzyła po wymianie partyjnej ekipy i świeżym ,,otwarciu” na zachód i nawiązał kontakt z francuską organizacją ,,L’Union Nationale des Centres Sportifs de Plein Air” (UCPA). W rezultacie zaczęła się wymiana grup wycieczkowych między Polską i Francją. Z polskiej strony były to grupy studenckie, a z francuskiej niekoniecznie, chociaż na ogół chodziło o wyjazdy ludzi młodych. Mówiąc w skrócie, polska strona zrobiła świetny interes, bo ta francuska organizacja była prężna, posiadała między innymi ośrodki wypoczynkowe z prawdziwego zdarzenia, podczas gdy ,,Almatur” dysponował bazami na Cyrhli lub na Siwej Polanie i co tu dużo mówić, to nie było to samo. Nawiasem mówiąc, UCPA powstała w czasach, kiedy we Francji w rządzie był sam Maurice Herzog (pierwsze wyjście na Annapurnę I, pierwszy zdobyty ośmiotysięcznik, wspólnie z Louisem Lachenalem), a jednym z trzech założycieli był wybitny wspinacz Guido Magnone. Dzięki tej wymianie francuskie góry odwiedziły polskie grupy o profilu turystycznym, narciarskim, wspinaczkowym. 

Francuzi oczywiście przyjeżdżali w Tatry w ramach wymiany bezdewizowej, w Polsce znajdowali chyba głównie pewną egzotykę. Pamiętam jakieś fragmenty rozmów nieco starszych kolegów z SKPG, którym udało się na taki wyjazd do Francji dostać lub byli pilotami Francuzów u nas. Raz była to opowieść o fantastycznym zjeździe polskiej grupy narciarskiej Białą Doliną, kiedy to nasze „orły” w pewnym momencie przestały jechać śladem za francuskim przewodnikiem, lecz każdy wybrał swój nowy ślad na poszczelinionym lodowcu, co temu przewodnikowi zdarzyło się po raz pierwszy. Innym razem młodzi Francuzi na Kasprowym Wierchu „dolali” polskiej kadrze zjazdowej trenującej slalom. Kiedy Polacy pochopnie pozwolili im zjechać dla przetarcia trasy, okazało się, że czasy Francuzów były lepsze niż naszych kadrowiczów. Tą grupą zajmował się Leszek Kot, mój kolega z wewnętrznego kursu tatrzańskiego, a potem przewodnik I klasy (od dawna w Nowej Zelandii). Z jego opowieści wynikało także, że Francuzi przeklinali w sposób niesamowity, oczywiście w swoim języku. Innym razem całe SKPG czytało z wypiekami na twarzach relację jakiegoś studenckiego dziennikarza z turystycznego wyjazdu Polaków w rejon Chamonix, na temat ich (rzekomo) wybujałych ambicji wspinaczkowych, nie mających pokrycia w umiejętnościach… Mniejsza z tym. W tym czasie zaciekle uczyłem się francuskiego, więc jakoś tak się złożyło, że udało mi się zostać pilotem jednej z grup turystycznych udającej się w Alpy, a także dwukrotnie poprowadziłem w Tatrach grupy francuskie. A w „kręgach SKPG” mówiło się na tę organizację właśnie tak: Ućpa.

To był mój pierwszy wyjazd w Alpy, rok 1976, celem były Alpy Delfinatu, z główną bazą w miejscowości La Salle koło Briançon. W grupie, której byłem pilotem, uczestnikami z SKPG była Wiesia Nocuń (teraz Nocuń-Wczelik) oraz Konrad Gąsiorowski czyli ,,Gęś”, z naszego wspólnego kursu wewnętrznego. Konrad był wtedy takim trochę ,,młodym gniewnym”, chyba dobrze zapowiadającym się wspinaczem. Nie trzeba chyba mówić, że każdy z nas miał spore oczekiwania co do wyjazdu, miało to być nasze pierwsze spotkanie z lodowcami, wysokością (no właśnie! Jak wysoko wyjdziemy?). Grupa składała się z ludzi z różnych klubów turystycznych. Zapamiętałem ludzi z Katowic, Wrocławia, Poznania. Sympatyczny człowiek z Poznania, jak się później okazało, wyróżniał się posiadaniem podwójnych zimowych Zawratów, wyglądających bardzo „rasowo” i sporo ważących, zdecydowanie za ciepłych na Alpy latem i na to, co w czasie pobytu robiliśmy. W skład grupy turystycznej mieli też początkowo wejść Mariusz ‘Gała’ Woźniak i Leszek Wojciechowski, czyli ,,Leon” (niestety już nieżyjący). Tak się jednak złożyło, że równolegle jechała grupa wspinaczkowa, i w ostatniej chwili nie wszyscy dostali paszporty (tak! wtedy to nie było takie oczywiste, że ktoś dostanie paszport oraz że dostanie go na czas). Mariusz i Leszek wspinali się, i czujnie przesunęli się do tej właśnie grupy. Wszyscy jechaliśmy tym samym pociągiem, natomiast grupa wspinaczkowa nie miała pilota. Na dojazd do Francji mieliśmy załatwione kuszetki. Oczywiście mieliśmy nadzieję, że kuszetki będą także załatwione na drogę powrotną. Mariuszowi ktoś powiedział, że nie jest to wcale takie oczywiste, że ktoś nam te powrotne kuszetki załatwi, oraz że warto tego dopilnować. Nie znał jeszcze wtedy francuskiego, jednak zapamiętał kluczowe zdanie ,,Où sont les couchettes?” czyli ,,gdzie są kuszetki”, i potem je wielokrotnie powtarzał francuskiej pilotce. Nawiasem mówiąc miał rację, że się dopominał, bo przy powrocie okazało się, że grupa wspinaczkowa początkowo faktycznie nie miała tychże kuszetek, ale chyba w końcu je załatwili. Pilotka ta przywitała nas na dworcu w Paryżu. Okazała się być ,,nieco” starszą niż my, studenci, osobą niską i szczupłą, chyba z jakimiś polskimi korzeniami. Od razu nazwaliśmy ją ,,szczerbatka”, co miało oczywisty związek z jej uzębieniem. Oprowadzała nas po Paryżu i okazała się osobą dość nerwową. Nasze grupy zostały zakwaterowane w dużym gmachu gdzie przyjmowano wiele takich grup jak nasze, z różnych krajów. 

Od razu wyszły na jaw pewne różnice w sposobie żywienia. Francuzi na śniadanie oferowali kakao i kawałek bagietki z dżemem. Było to smaczne, ale w ilości zdecydowanie niewystarczającej. Dlatego momentalnie Polacy, wszyscy bez wyjątku, zaczęli stawać w kolejce po repetę kakao i bagietki, i nasza grupa na jakiś czas praktycznie zablokowała stołówkę. Ale to drobiazgi wobec pobytu w Paryżu. Zwiedzanie Paryża! Chyba każdy o tym marzy. Rychło się jednak okazało, że o ile faktycznie, każdy chciał być w katedrze Notre-Dame, to pewne niuanse zwiedzania miasta wyszły na jaw. Bardzo ważnym punktem programu okazała się wizyta w… sklepie ,,Au vieux campeur”. Boże, ile tam było sprzętu! Karabinki różnego rodzaju wybierane z koszy, jakieś dziwne specjalistyczne haki (kostek ani friendów jeszcze wtedy nie było!), no i oczywiście raki, czekany. Przecież wybieraliśmy się na lodowce, a oprócz tego otwierała się wspaniała możliwość wyposażenia się w raki, było nie było niezbędne przewodnikowi tatrzańskiemu na tatrzańską zimę. Oczywiście kosztowały co najmniej połowę oficjalnej promesy dolarowej jaką można było z Polski wywieźć… Nie będę tu pisał o innych, wystarczy że powiem o sobie, jak z wypiekami na twarzy mierzyłem raki, zastanawiając się nad kupnem. Nic mnie przez dłuższy czas nie mogło od tego oderwać. A tak się złożyło, że do Paryża specjalnie przyjechała z Nancy moja potencjalna dziewczyna, aby się ze mną zobaczyć (randka w Paryżu!). Niestety, zawiodłem na całej linii… Kiedy w końcu kupiłem raki (pamiętam: firmy Laprade, z jakiegoś stopu metali, konsultantem był René Desmaison, znany wtedy francuski wspinacz), dziewczyna zrozumiała smutną prawdę, że te dziwne kawałki metalu były dla mnie ważniejsze niż ona sama…

Z Paryża wyjechaliśmy nocnym pociągiem w kiepskiej pogodzie, a rano w Briançon przywitało nas słońce. Pierwsze spotkanie z kierownikiem ośrodka należącego do UCPA w La Salle, kilka kilometrów od Briançon, zapamiętałem bardzo dobrze. Wszystko było świetnie zorganizowane, na swoim miejscu, bez pośpiechu i zdenerwowania. Bardzo to kontrastowało z nerwowym zachowaniem naszej ,,szczerbatki” w Paryżu. Jakoś tak się złożyło, że pojechałem z kierownikiem samochodem. Miał Renault 4, popularny samochód, prosty i bardzo funkcjonalny, z otwieranym dachem. Otworzył go w czasie jazdy, mówiąc „a my tu mamy słońce”. Po przyjeździe do ośrodka przywitała nas młoda, zgrabna dziewczyna, jego podwładna, cała uśmiechnięta. Dla całej naszej grupy można było wypożyczyć dobre skórzane buty górskie, czekany i raki. Już tego samego dnia spróbowałem podejść nieco w górę, jakąś łąką, dla aklimatyzacji. Poznaliśmy naszego przewodnika. Pamiętam, że nazywał się Milou Gautier. Robił wrażenie osoby o dużym górskim doświadczeniu, zresztą był od nas sporo starszy. Grupa wspinaczkowa została zakwaterowana kilka kilometrów od nas, w Le Monêtier-les­Bains. Miała dwóch przewodników, którzy wyglądali na jeszcze większe górskie wygi, byli też młodsi od naszego Milou. Wkrótce wszyscy mieli wyjść w góry, do schronisk, a grupa wspinaczkowa także namiotów, ale pierwsze dwa dni spędzaliśmy w ośrodku. Oprócz nas było kilka francuskich grup, zdominowanych przez młode dziewczęta. Nie da się ukryć, że niektóre były całkiem zainteresowane dość egzotycznymi przybyszami zza ,,żelaznej kurtyny”, tym bardziej że ich rodaków-rówieśników jakoś nie było widać. Jedna z nich, Nicole, ładna brunetka, uczyła się rosyjskiego i bardzo chciała z nami konwersować w tym języku. Nie spotkało się to z wielkim entuzjazmem. W zamian „nasi” oferowali bardzo skrócony kurs podstawowych wyrażeń po polsku. Celowali w tym Ślązacy. Już wkrótce kilka Francuzek powtarzało z nabożeństwem: ,, ja cie ko-am do sza-len-stwa ty-ciu-lu”.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy na trawiasty pagórek Serre Chevalier mający 2483 metry. To było w porządku, wszak chodziło o aklimatyzację i wypróbowanie pożyczonych przez większość z nas butów. Następne dni przyniosły jednak dość przykre rozczarowanie. Okazało się, że nasza grupa będzie w Alpach Delfinatu realizować program przechodzenia przez przełęcze. Owszem, niektóre z nich z lodowcami, i powyżej trzech tysięcy metrów. Chodziliśmy w rakach po lodowcach, widoki były piękne, Jednak my spodziewaliśmy się zdobywania szczytów, i to raczej wysokich! Wszak najwyższy Barre des Ecrins przekraczał 4100 metrów; mieliśmy więc wręcz pewność, że ten pułap czterech tysięcy metrów przekroczymy. Tymczasem jednak obserwowaliśmy tę górę od dołu lub z boku, na przykład z przełęczy Col de la Temple (3322 m) lub z podejścia na nią. Najwyższą osiągniętą przez nas przełęczą była Col de la Lauze licząca raptem 3512 metrów, a najwyższym miejscem ,,zaliczonym” w czasie wyjazdu był pagórek nieco powyżej tejże przełęczy. W dodatku mieliśmy wrażenie, że można było śmiało lepiej wykorzystać czas, chodząc więcej i dłużej w ciągu kolejnych dni wyjazdu. Chyba najbardziej sfrustrowani czuliśmy się właśnie po przejściu przez Col de la Lauze, kiedy około południa doszliśmy do Refuge de la Selle. Po obiedzie okazało się, że Milou po prostu poszedł spać. Pozwolił nam co prawda pochodzić sobie po okolicy, co skrzętnie wykorzystaliśmy podchodząc pod czoło lodowca Glacier de la Selle, ale to wciąż nie było „to”. Pod koniec wyjazdu niezaspokojone ambicje niektórych zaczęły być już bardzo widoczne. Namówiony, postanowiłem zapytać szefa ośrodka o możliwość wyjścia na Barre des Ecrins. Przyjął mnie uprzejmie, po czym powiedział mi po prostu tak: ,,Wyjście na Barre des Ecrins wymaga pójścia w zespołach 3-osobowych, czyli dwie osoby prowadzone przez przewodnika na linie. Nie mam tylu przewodników, dlatego jest to niemożliwe”. Sprawa była dla mnie jasna, ale niezupełnie jasna dla ”młodych gniewnych” z naszej grupy. Pod sam koniec dowiedziałem się, że rozważali autentyczny bunt i samodzielne wyjście na tenże szczyt, ale ostatecznie zrezygnowali ,,abym nie miał kłopotów”.

Czy mieli rację? Myślę, że głównym problemem był brak dokładnej informacji o programie naszego wyjazdu jeszcze w Polsce. Nikt nam nie powiedział, jaki jest planowany program. Stąd duże oczekiwania i zawiedzione nadzieje. Tak zwany bunt, gdyby w jakiejkolwiek formie doszedł do skutku, byłby po prostu dziecinadą i przypuszczalnie mógłby faktycznie zaszkodzić przyszłym wyjazdom. Poza tym Francuzi mieliby pewnie kłopoty ze zrozumieniem jego genezy. ,,Wspinają się? No to niechże przyjadą z grupą wspinaczkową a nie turystyczną”. A nam wtedy wydawało się, że wyjazd może być nie tylko pierwszą, ale i jedyną okazją bycia w Alpach. Można by się zastanawiać, czy coś było nie w porządku z naszym wyjazdem. Czy nasz przewodnik był zły? Nic podobnego, był świetny. Dokładnie wiedział, na co stać nie tylko naszych ,,młodych gniewnych” ale po prostu każdego uczestnika. A umiejętności ich były bardzo różne. O ile 2-3 wspinających się mogło przypuszczalnie pójść na łatwe drogi wspinaczkowe, to niektórzy mieli ogromne kłopoty na przykład z szybkim poruszaniem się po piargach. Dało się to świetnie zaobserwować podczas przejścia przez jedną z przełęczy, którego chyba nie było pierwotnie w programie. Przejście przez nią przypominało zejście z Przełęczy Hińczowej do Dolinki Piarżystej, wymagało pewnej ,,finezji” w poruszaniu się po drobnym piargu. Część naszej grupy miała z tym duże kłopoty, a jedna dziewczyna nie radziła sobie w ogóle. Milou poradził sobie z tym świetnie, biorąc ją pod rękę i sprowadzając, tak jakby tańczył Poloneza, z pełnym uśmiechem. Jednak na dole powiedział mi to, co sam widziałem, że dla części grupy było to za trudne przejście. Poza tym sprowadzoną dziewczynę przesunął do młodych Francuzek realizujących, jak się okazało, mniej wymagający program. Czy mogliśmy przechodzić więcej w ciągu dnia? I tak, i nie. Wyruszaliśmy raczej wcześnie rano, na ogół około 6-tej, bo po prostu co najmniej tak wcześnie należy zaczynać dzień w górach lodowcowych. Godzina była dostosowana do przejść łatwymi i dość płaskimi lodowcami. Podchodząc pod czoło lodowca Glacier de la Selle widzieliśmy, jak kruszą się seraki, lecą kamienie. Widzieliśmy to po raz pierwszy w życiu, i dla nas, „wielkich” tatrzańskich przewodników, była to dobra, pierwsza alpejska lekcja. A chodzenia po lodowcach popołudniami się unika.

A co było w grupie wspinaczkowej? Słuchaliśmy relacji Mariusza i Leona, kiedy było to możliwe. Oni chodzili dużo więcej, dużo szybciej, uczyli się Alp na innym poziomie. Okazało się, że ich tatrzańskie doświadczenie przewodnickie dało im dużą przewagę nad pozostałymi uczestnikami grupy, którzy na ogół zachowywali się w sposób typowy dla młodych wspinaczy, bardziej skałkowych niż tatrzańskich czy alpejskich. Można to streścić w ten sposób: ,,przystawcie mnie do ściany, a ja już po niej wyjdę. Potem mnie odbierzcie na górze i sprowadźcie na dół”. Brak obycia w szukaniu logicznej drogi wspinaczkowej w dużych ścianach, a nawet pewne kłopoty w szybkim zbieganiu po piargach były widoczne także w grupie wspinaczy. Pamiętam, że Mariusz relacjonował, jak to wyglądało. Przewodnicy zbiegają, krzycząc do grupy ,,avale, avale!”, co można luźno przetłumaczyć „ładuj ile wlezie!”. Mariusz i Leszek trzymają się ich, reszta grupy w tyle. Nic dziwnego, że wkrótce przewodnicy zaczęli ich traktować inaczej niż tę resztę, zaprzyjaźnili się.

Tak się złożyło, że jeden z polskich wspinaczy uległ niezbyt groźnemu wypadkowi, złamał nogę. Pomagałem w tłumaczeniu opisu wypadku, więc także i przy tej okazji miałem więcej kontaktu z grupą wspinaczkową.

Swego rodzaju ciekawostką, na którą zwróciliśmy wszyscy uwagę, były skórzane bukłaki na wino, dostępne w sklepach w Briançon. Otóż francuscy przewodnicy dość powszechnie używali ich w czasie wycieczek, nosząc w nich wino i popijając. Mariusz komentował to tak: ,,no proszę, nas uczą, że ani kropli alkoholu w górach, że śmierć rodziny Kaszniców i Wasserbergera nastąpiła wskutek popicia nieco koniaku, a tu przewodnicy dają przykład, że nic się nie dzieje”.

Kilka lat później z moją żoną Jolą (Mesjasz, przewodnik beskidzki) znów byłem w Alpach Delfinatu. Odwiedziliśmy ,,Małą” czyli Marysię Śmigiel (też przewodnik beskidzki), dla której wyjazd na „Ućpę” zaważył na dalszym życiu. Pilotowała grupę równoległą do naszej, tylko w parku narodowym La Vanoise. Ich przewodnikiem był Richard Bachmann, czyli ,,Rysiu’”, bardzo sympatyczny młody Francuz. Poznali się i pobrali. Marysia została panią Bachmann. Wkrótce mieli trójkę dzieci. Na miejsce zamieszkania wybrali małe osiedle Les Alberts pod Briançon, bo oboje kochali góry, a poza tym było blisko miejsc, gdzie się po raz pierwszy zobaczyli. Nie było im może bardzo łatwo na początku, ale w roku przed naszym polskim stanem wojennym mieli już domek, oczywiście samochód (praktyczny Renault 4), a przede wszystkim dalej mieli górskie plany i marzenia. Rysiu przywitał nas pytaniem, czy chcemy pójść na Barre des Ecrins. Oczywiście chcieliśmy. Wyszliśmy na tę górę, on prowadził. Przepiękny lodowiec, potem pokonanie szczeliny brzeżnej i grań. W zejściu trzeba było wykonać jeden zjazd w skalnym terenie. Ta wycieczka trwała 24 godziny, bo zrobiliśmy ją bez noclegu w schronisku, wyjście z parkingu po ciemku i powrót późną nocą. Z wyjazdu zostało między innymi kilka slajdów robionych już wieczorem podczas zejścia, kiedy śnieg na lodowcu robił się pomarańczowy od zachodzącego słońca, oraz wspomnienie szczęśliwego Rysia.

 lipiec 2025