Skip to main content

O tym, jak pewien żart stał się trwałym elementem Kołowego życia, czyli o piłkarskiej rywalizacji pomiędzy Tatarami a Beskidami

Zdzisław Lang 
przewodnik tatrzański (II kl.)
blacha SKPG nr 67

Pierwsza niedziela października br. (tekst powstał 10 lat temu, ale dopiero w listopadzie 2025 r. dotarł do SKPG – przyp. red.) była przepięknym dniem na górskie wycieczki. Zwyczajowe październikowe wyjście w Małe Pieniny tym razem zamieniliśmy z moją partnerką na Trzy Korony w Pieninach Właściwych. Sama trasa przypominała momentami spacer po Rynku krakowskim, a kolejka na balkonik Okrąglicy wymagała stania w niej przez 20 min. Przez Zamkową Górę zeszliśmy do samochodu, by pojechać do Rabki na obiad. W Krościenku droga biegnie w sąsiedztwie stadionu piłkarskiego, gdzie na zielonej murawie właśnie toczył się mecz piłkarski.

Powróciły wspomnienia z lat minionych, zarówno związane z tym stadionem, jak i z Trzema Koronami. Ale po kolei. Proszę wybaczyć ten może przydługi wstęp, ale muszę  przedstawić tło pierwszego spotkania Tatry-Beskidy na „boisku piłkarskim” – to określenie jest czysto umowne, wręcz symboliczne, jeśli przypomnimy sobie, w jakich warunkach terenowych i atmosferycznych odbył się pierwszy mecz i wiele następnych. Jeszcze jedno wyjaśnienie – to wspomnienie jest całkowicie osobiste i nie ma niczego wspólnego z jakąkolwiek wersją oficjalną (jeśli takowa istnieje) lub innymi opowieściami opisującymi to wydarzenie, czyli pierwszy mecz wiadomych drużyn. Żeby to wyjaśnić i stworzyć odpowiedni kontekst, trzeba się zanurzyć w odległe czasy.

Z Kołem zetknąłem się jako uczestnik kursu na przewodnika beskidzkiego, kiedy to cała nasza drużyna rajdowa z Wydziału Metalurgicznego AGH (Franczak, Wykowski, J. Iwanciw i Z. Lang) zapisała się na kurs. Był to niewątpliwie złoty okres rajdów studenckich: Rajd Politechniki gromadził 2500 uczestników, Rajd Kulczyckiego zawierał trasy siedmiodniowe, Nocny Rajd AGH wszedł na Turbacz, organizowano specjalne rajdowe pociągi. Później uczestnicy takiego pociągu ze śpiewem na ustach przechodzili z dworca pod „Adasia”, gdzie na pożegnanie śpiewano „Bandę”. Jak nie dołączyć do tych „wspaniałych” organizatorów? Pierwsza wycieczka szkoleniowa tego kursu miała miejsce na początku listopada, a prowadził ją wzbudzający ogólny respekt i podziw, zarówno wiedzą o terenie, jak i ogólnym wyglądem, śp. Roman Krukierek. Trasa wycieczki: Krościenko – Trzy Korony – Zamkowa Góra – Krościenko. Zbiórka kursantów była wyznaczona na Rynku w Krościenku, gdzie zameldowało się wielu obecnie prominentnych i szacownych kolegów, jak m.in. Z. Kruczek, A.Gałka i wielu innych.

W okresie przerwy świąteczno-noworocznej kurs miał zgrupowanie szkoleniowe w Szczawnicy. Kierownikiem szkolenia był państwowy przewodnik beskidzki, Kuba Konopiński. Śniegu nie było za dużo, więc pobliskie tereny poznawaliśmy w trakcie pieszych wycieczek. W pierwszym dniu stycznia przyszło wezwanie, aby kurs przybył do Krościenka w godzinach południowych celem rozegrania meczu w piłkę kopaną pomiędzy naszym kursem a noworocznym zgrupowaniem Klubu Wibram. Cóż było robić – osłabieni przeżyciami wieczoru sylwestrowego przyjechaliśmy karnie, by ponieść sromotną porażkę. Wyniku nie pamiętam, ale na pewno nie był dwucyfrowy. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z Kaziem Rosiakiem, który był jednym z chartów formacji napadu Wibramu. Było to ostatnie takie zgrupowanie tego Klubu, który przepoczwarzał się w SKPG. Większość tych kolegów ma pierwsze numery blach kołowych. Pamiętam, że kapitanem wibramowców był śp. Jurek Kowalczyk, a na bramce stał „olbrzym” Tadziu Majewski. Takiemu „olbrzymowi” trudno było strzelić gola, a dodatkowo przygnębiało to, że rzadko gościliśmy w pobliżu jego bramki.

Mam dwie fotografie z tego meczu (obie zapewne autorstwa Krysi Skawińskiej-Suchanek „Siroty”,która była fotograficznym kronikarzem życia Koła. Na jednym przeciwnicy, na drugim niekompletna nasza drużyna. Obok mnie stoi śp. Andrzej Ostaszewski, wtedy student prawa UJ, ten sam który później zamarzł w trakcie kontroli szlaku narciarskiego na trasie SkrzyczneBarania Góra podczas załamania pogody (był sam w śnieżycy i zasnął w młodniku). Ciało odnaleziono przypadkowo początkiem lata w niewielkiej odległości od szlaku. W owych czasach można było dostać delegację z Komisji Turystyki Narciarskiej ZG PTTK – jechało się w góry na tzw. kontrolę szlaków narciarskich. Była to doskonała okazja, by ruszyć w góry i dostać zwrot kosztów. Sam niejednokrotnie z takich sposobności korzystałem, „sprawdzając” szlaki narciarskie w Beskidach i Tatrach. Działalność członków Koła na narciarskiej niwie powinna się doczekać osobnego opracowania. Byliśmy pierwszym i jedynym środowiskiem studenckim w Polsce, które organizowało kursy narciarstwa wysokogórskiego na terenie Doliny Pięciu Stawów Polskich. Trzeba tu pamiętać o tym, że o tzw. narciarstwie turowym wtedy nikt nie słyszał i go nie praktykował. Używało się normalnych nart i wiązań. Skoro zatrzymałem się przy narciarstwie, to pozwolę sobie na wspomnienie o pewnym klubie (nieformalnym), którego razem z innymi kolegami miałem przyjemność być członkiem, a nawet członkiem–założycielem. Siedzibą klubu, który przyjął nazwę „Los Desperados Ski and Copulados”, była restauracja Hawełka na Rynku Głównym. Spotkania odbywały się raz na tydzień przy piwie i gulaszu bogracz, który tam serwowano. Sporadycznie zbieraliśmy się w bliskim sąsiedztwie Hawełki, „Pod Trzema Rybkami”, i wtedy uzupełnieniem piwa był śledź po japońsku. Klub zorganizował jeden „ekstremalny” wyjazd narciarski. Celem wyprawy była Babia Góra. Na wierzchołek nie dotarliśmy – była mgła i francowata szreń łamliwa. Odbiegłem jednak od tematu, a czas biegnie…

Zbliżało się lato i Akcja Letnia, więc zgodnie z wymogami należało odbyć praktykę przewodnicką. Tak się jakoś złożyło, że nie załapałem się na żaden turnus beskidzki i praktykę odbyłem na Szlaku Tatry Polskie u przewodnika tatrzańskiego III kl., Wieśka Dziurgota. Byłem zapalonym uczestnikiem ówczesnych rajdów studenckich, miałem za sobą dwa sezony wspinaczkowe w Dolinkach Podkrakowskich i przeorientowanie się na Tary było naturalną koleją rzeczy. Po turnusie pozostałą część wakacji spędziłem do końca września w Tatrach. W tym czasie przy schronisku w Roztoce istniała baza namiotowa tego szlaku i do końca sierpnia sprawy noclegowe załatwiała studencka baza; we wrześniu Józek Krzeptowski, który na W. Dziurgota patrzył łaskawym okiem, użyczył nam schronienia w jednym z domków letnich, stojących w owym czasie na północnym skraju polany przy schronisku. Mój pierwszy tatrzański sezon wspinaczkowy był wyjątkowo udany. Wspinałem się z Wieśkiem Dziurgotem, a z Edim Jaroszem odbyłem pierwszą tatrzańską wspinaczkę  drogą Sokołowskiego na Żabim Niżnim. Jednak tym, który mnie wprowadził do wyższych stopni wtajemniczenia wspinaczkowego, był Kaziu Rosiak. Miałem za sobą dwa sezony w skałkach podkrakowskich, jednak kiedy porównujemy nawet trudne i eksponowane drogi np. na Wroniej Baszcie w Karniowicach a dolny czy górny trawers drogi klasycznej na Zamarłej Turni, to choć trudności techniczne są może podobne, zapewniam Was, że to nie to samo. Do tego dochodzą jeszcze umiejętności odnalezienia drogi w ścianie czy czytanie ze zrozumieniem opisów drogi. Tu muszę podkreślić, jak nieocenionym nauczycielem okazał się Kaziu Rosiak, któremu kilkakrotnie w sezonie towarzyszyłem na tatrzańskich drogach wspinaczkowych.

Kaziu był niezwykle prawym osobnikiem, który w sposób przemyślany i wytrwały kształtował swój umysł i tężyznę ciała. Starał się zdrowo odżywiać, nie palił, mało albo wcale nie używał alkoholu i co było charakterystyczne dla jego diety – cebuli przypisywał moc nadzwyczajną (co w dalszej części mojej opowieści okaże się niezwykle ważne). Charakteryzowała go jedna rzecz – w jego herbacie, jak mawiał, stożek cukru powinien wystawać ponad lustro płynu. Trzeba mieć silny charakter, aby coś takiego wypić! Docinki o przewodnikach z tzw. „kapuścianych gór” przyjmował ze stoickim spokojem, a odpowiedzią na te głupawe zaczepki była niebywała kondycja przy podejściach, kiedy my wypruwaliśmy wszystkie siły, aby za nim nadążyć, a on rześki patrzył na nasze męki, sarkastycznie się uśmiechając.

Lato się zakończyło – trzeba było wrócić do szkoły. Jesienią odbywały się kołowe egzaminy wewnętrzne. Do egzaminów przystąpiłem razem z kursantami tatrzańskimi i otrzymałem uprawnienia wewnętrzne przewodnika tatrzańskiego. Uroczyste przyrzeczenie przewodnickie nastąpiło w trakcie 12-Lecia Koła, które tego roku odbywało się na Turbaczu.

Tu trzeba by przejść do istoty rzeczy. Nigdy nie byłem tzw. grzecznym ani poukładanym chłopcem, nie wylewałem za kołnierz, zawsze lubiłem jak „coś” się działo, lubiłem zbiorowe śpiewy, co zostało mi do dziś (w zasadzie tylko te śpiewy ☺). Ale co wtedy naprawdę myślałem, co mną kierowało, że zdecydowałem się odwiedzić „Katedrę” wychowania fizycznego AGH i wypożyczyć od nich piłkę futbolową, nie jestem w stanie sobie przypomnieć – może to wypływało z „kontekstu” noworocznego meczu w Krościenku, a może z innych powodów, who knows. Zrobiłem to w tajemnicy, nie bardzo wiedząc, jak się to wszystko rozwinie. Generalnie myśl moja biegła w kierunku  sprowokowania w pierwszej kolejności Kazka Rosiaka jako przedstawiciela Gór Kapuścianych. Byłem pewny, że się odwinie i kwiecistą tyradą, niczym przedbitewny harcownik, zrówna nas z ziemią i rzecz oczywista wezwanie przyjmie. Siedzieliśmy przy długim stole naprzeciwko siebie i w pewnym momencie, który wydał mi się odpowiedni, wyciągnąłem futbolówkę i skierowałem wezwanie do Kazia jako przedstawiciela Beskidów (sam, rzecz jasna, czułem się pełnoprawnym przedstawicielem grupy tatrzańskiej). Propozycja spotkała się z ogólnym aplauzem. Były przeróżne przemowy i ogólna mobilizacja obu stron W pewnym momencie Kaziu wstał z podniesioną ręką, w której trzymał całkiem sporą cebulę, i oświadczył, że z pewnością po zakończonym zwycięstwem Beskidów meczu wsadzi mi tę cebulę w dupę. Odszczekiwałem się, że ta niewątpliwa przyjemność będzie należała do mnie.

Następnego dnia po śniadaniu tłum ruszył w poszukiwaniu odpowiedniego placu do gry. Trzeba tu dodać, że w tym czasie na Turbaczu było kilka stopni poniżej zera i śniegu przynajmniej do kolan. Znaleziono sporą polanę, niestety lekko pochyłą, bramki zrobiono z cetyny i kurtek i mecz się rozpoczął, ale jego szczegółów już nie pamiętam. Jedno, co mi utkwiło w pamięci, to sylwetka długonogiego W. Dziurgota, naszego obrońcy, który był nie do przejścia dla przeciwników. Ciężkimi zimowymi butami „masakrował” ich. Wyniku nie pamiętam – a raczej nie było możliwe w sposób pokojowy go uzgodnić. Cebula ku ogólnemu rozczarowaniu uległa dekompozycji w sposób tradycyjny – zresztą nie śledziłem jej dalszych losów. Nie pamiętam też, czy panie rozegrały swój pierwszy mecz i dobrze by było, by się w tej sprawie wypowiedziały.

W taki to oto sposób żart w zamyśle i w zamierzeniu stał się trwałym elementem obchodów kolejnych już rocznic istnienia SKPG.

 

Korekta: Leszek Ogórek, Nikoletta Kula